niedziela, 7 stycznia 2018

Pułapki dwujęzyczności

Temat dwu- i wielojęzyczności jest w Europie (i w ogóle na świecie) coraz bardziej popularny. Przeprowadzono już liczne badania, a ich wyniki napawają optymizmem: wielojęzyczność to bardzo przyszłościowy trend. W Polsce – ze względu na typową u nas w ostatnich dekadach monochromatyczność – powyższy temat rozwija się dużo wolniej i raczej w odniesieniu do Polonii. Ale też zaczyna nas stopniowo dotyczyć.

Moje doświadczenia z dwujęzycznością pochodzą z niemieckiego podwórka. Od pewnego czasu zdarza mi się dosyć regularnie prowadzić lekcje języka polskiego dla dzieci z polskich rodzin. Zapamiętałam, jak kiedyś na szkoleniu prowadząca oznajmiła, że nie ma gorszego nauczyciela polskiego od polonisty. I przechowuję to zdanie w pamięci jako przestrogę. Nauczać polskiego zagranicą lub jako języka drugiego/obcego, to zdecydowanie nie to samo, co praca w polskiej szkole. Jednak o przydatnych tu kompetencjach innym razem.

Zauważyłam, że młode pokolenie Polonii ma dziś inne priorytety. Są to z reguły wykształceni ludzie, którzy nie wyjechali zagranicę stricte z powodów ekonomicznych czy politycznych. Zależy im, by dzieci zachowały język polski. To kwestia większej świadomości, ale też dowód pragmatycznego myślenia – w końcu na rynku pracy każdy język stanowi wartość. Nigdy nie wiadomo, która umiejętność okaże się w przyszłości kluczowa.

Tyle tytułem wstępnych założeń. Bo niestety w życiu, jak to w życiu, dosyć szybko pojawiają się wyzwania do przezwyciężenia. I tak – wbrew pozorom – w lepszej sytuacji są chyba jednak pary mieszane. Tam bardzo szybko widać, że język polski nie jest dominujący. Zwykła ekonomia użycia języka działa na niekorzyść polskiego – nie tylko środowisko jest np. niemieckojęzyczne, ale też część rodziny (a raczej większość rodziny, która żyje w pobliżu). Rodzice od początku są zatem bardziej czujni.

I tu dochodzimy do sedna, czyli do tytułowych pułapek: w rodzinach polskojęzycznych żyjących zagranicą łatwo o mylne przekonanie, że skoro rodzice są Polakami i językiem ich serca jest polski, to dziecko będzie miało tak samo. A na bardziej przyziemnym poziomie – jeżeli rodzice mówią po polsku, to dziecko rozumie i też mówi po polsku. I samo z siebie czyta oraz pisze po polsku. Tym bardziej nie.

Dziecko dokonuje wyboru swojego języka serca. Jeżeli żyje zagranicą, chodzi tam do przedszkola i do szkoły, poznaje przyjaciół, a w końcu studiuje i zakochuje się – mała jest szansa, by dominował w jego życiu język polski. To skądinąd naturalne i zrozumiałe. Ale ten język polski nie musi też zupełnie zniknąć, zostać – zwykle na etapie nastoletniego buntu czy wstydu, że jest niewystarczająco dobry – porzucony. Tu właśnie jest miejsce na wprowadzanie w życie wiedzy o dwu- i wielojęzyczności, która jest już dla nas dostępna. Dwujęzyczność wymaga pracy, konsekwencji i wewnętrznej motywacji (rodziców i dziecka), ale jest możliwe do osiągnięcia. A trud w takiej czy innej formie na pewno się w przyszłości opłaci.



środa, 27 grudnia 2017

Na Gody i do siego roku!

      Właściwie dopiero studia podyplomowe związane z nauczaniem języka polskiego jako obcego wpłynęły w znaczącym stopniu na rozwój mojej świadomości językowej. Nagle (w końcu!) różne puzzle zaczęły się układać w sensowną całość. Wcześniej byłam studentką filologii polskiej, a wreszcie też polonistką skupioną – jak większość – bardziej na literaturze i literaturoznawstwie niż na językoznawstwie. Tymczasem teraz staje się dla mnie jasne, że nie nauczymy języka (ojczystego ani żadnego innego) bez zrozumienia i wyjaśnienia innym jego struktury.
      I tak Boże Narodzenie jako święto chrześcijańskie powstało dopiero w IV wieku, wcześniej czczenie daty narodzin Jezusa nie wydawało się tak istotne. Co ciekawe, data 25 grudnia przypada bardzo blisko przesilenia zimowego. Ten ważny moment, od którego dni stają się coraz dłuższe, miał istotne znaczenie w kultach pogańskich, jako zwycięstwo światła nad ciemnością.
      W tradycji słowiańskiej obchodzono wtedy Godowe Święto lub Szczodre Gody - dzieci w szczodry wieczór otrzymywały zresztą drobne upominki, jabłka, orzechy i placki w kształcie zwierząt. Synkretyzm wiąże się nie tylko z analogiczną datą starego i nowego święta, ale także z rozlicznymi zwyczajami, kultywowanymi niejednokrotnie po dziś dzień (by wspomnieć tylko sianko pod obrusem czy pozostawianie pustego nakrycia – wtedy dla nawiedzających domostwo duchów zmarłych przodków).

Projekt, wykonanie i zdjęcie: Rozwita Pawleta
      Na Śląsku – a pewno i w innych regionach Polski - najstarsze pokolenie nadal używa określenia Gody na Boże Narodzenie, a raczej na okres od Bożego Narodzenia do Trzech Króli (porównaj: https://sjp.pwn.pl/sjp/gody;2462226.html). Obserwacja pogody przez tych kolejnych 12 dni przynosiła prognozę pogody i zbiorów w nowym roku. A pomyślność i urodzaj zagwarantować mogły odwiedziny kolędników – przesunięte z początków wiosny (Nowy Rok u dawnych Słowian) na czas po przesileniu zimowym (Nowy Rok u chrześcijan).
      Ileż tu kolejnych wątków można by teraz wprowadzić? Śledzenie historii obrzędowości i używanych na przestrzeni wieków nazw to, moim zdaniem, świetny pomysł na niejeden projekt klasowy… Tymczasem pora, bym kończyła moje wywody. I chętnie w tym miejscu wykorzystam wciąż popularne życzenia: do siego roku! Przypominając, że siego to po prostu forma dopełniacza staropolskiego zaimka wskazującego si. Zatem w wolnym tłumaczeniu: do tego (2018) roku!

sobota, 28 października 2017

Jak to się robi w Izraelu?

Jakiś czas temu pisałam o przygodowych placach zabaw (http://pedagogiczna-pbwopole.blogspot.co.il/2016/04/brudne-dziecko-to-szczesliwe-dziecko.html). Dziś, przebywając w kibucu Jizre’el na północy Izraela, dochodzę do bardzo podobnych wniosków: zaszliśmy zbyt daleko w kwestii estetyki i standardów bezpieczeństwa. Dziecko nie potrzebuje, by miejsce do zabawy było piękne – musi być ciekawe, stwarzać okazje do zabawy i wykazania się kreatywnością.



Oczywiście, patrząc na te place i podwórka zastanawiam się chociażby nad kwestią higieny. Od razu jednak robię się sentymentalna, gdyż przypomina mi się przydomowe podwórko, pełne starych przedmiotów – garnków, pudełek, łopatek. I pełne… ziemi. Niewiele więcej potrzebowałyśmy z kuzynką do szczęścia. Codziennie po szkole zabawa w dom czy sklep trwała w najlepsze. Wzmacniając mimochodem naszą odporność.


Miejscowi wychowawcy w kibucowym żłobku i przedszkolu są zgodni – dzieci świetnie się bawią, grzebią w piachu, oblizują zabawki (i przedmioty – jakby to ująć - w roli zabawek) i uodparniają się stopniowo na zarazki. Trudno wyobrazić dziś sobie, aby dziś gdziekolwiek w Polsce (czy – szerzej – w Europie) z pełną świadomością stworzyć plac zabaw podobny do tego ze zdjęć. Jednak z drugiej strony pora powoli zrewidować nasze myślenie, skażone biurokracją, nadodpowiedzialnością i poczuciem, że wiemy, co dla maluchów najlepsze.


Jak mawiał Korczak, trzeba pozwolić dzieciom być dziećmi. Nierzadko właśnie grzebiącymi w ziemi.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Na dobry początek

I znów wrzesień za progiem. I początek nowego roku szkolnego, który jest jeszcze większym wyzwaniem niż zazwyczaj… Czego sobie życzyć? Siły, wytrwałości, poczucia sensu. 

Wygląda na to, że jedynie zmiana jest w życiu pewna. I może to jest najważniejsza lekcja, jaką należy przekazać młodemu pokoleniu. Z umiejętności zaś – umiejętność radzenia sobie ze zmianą. Ćwiczmy w tym młodzież i ćwiczmy sami… 

poniedziałek, 31 lipca 2017

Urodzinowo - Korczak

W lipcu przypada rocznica urodzin Janusza Korczaka. Warto z tej okazji zajrzeć do publikacji Centrum Edukacji Obywatelskiej przygotowanej z myślą o jubileuszowym roku 2012, czyli do „Elementarza Korczaka” (http://www.ceo.org.pl/pl/korczak/elementarz-korczaka). Może znajdzie się w nim jakieś inspiracje na nowy rok szkolny 2017/18?
Czy ocena, na której wciąż i niezmiennie bazuje szkoła, jest rozwiązaniem etycznym? Wizja partnerskiej relacji uczeń-nauczyciel jest raczej dość odległa od rzeczywistości, jednak w drugim podrozdziale - o prawach człowieka zaczynających się od praw dziecka - ciekawa wskazówka: żeby szkolne regulaminy nie były w konflikcie z naturalnymi potrzebami dzieci. Bo wciąż, niestety, często są.
Sporo informacji także o życiu w gromadzie (czytaj: o budowaniu postawy obywatelskiej) i przedsiębiorczości. Edukacja ekonomiczna pojawia się za rzadko. Szkoła nie uczy o własności, oszczędzaniu, wartości pieniądza. Czasem uczy tego dom, ale temat ten jest zbyt odległy dla przeciętnej polskiej rodziny. Raczej pokoleniowo przekazujemy ekonomiczną niewiedzę… A podświadomie nawet poczucie, że pieniądze to jednak jakieś brudne sprawy – ale o tym szerzej innym razem.
I jeszcze w duchu korczakowskim – o władzy jako odpowiedzialności. Warto, by dzieci jak najwcześniej uczyły się, jak funkcjonuje państwo, jakie prawa i obowiązki posiadają obywatele. Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, jak nierówny jest poziom świadomości w społeczeństwie w obrębie tych zagadnień. A przecież nie musi to być wiedza dla wybranych.
Na koniec zaś – o specjalizacji. Trudny wątek. Trochę nawet sprzeczny z dążeniem naszych czasów. Czyż nie powinniśmy się znać na wszystkim? Jak się specjalizować, jeśli przyszłe pokolenia czeka kilkakrotne przebranżowienie zawodowe? Wbrew pozorom nie musi się to wykluczać. Wizja zmiany nie daje nam prawa do bylejakości. Raczej możliwość doszkalania się, zgłębiania tematu i szukania powiązań między dziedzinami. W cenie nie jest przecież chaos, tylko jego porządkowanie… Miłych, wakacyjnych rozmyślań!

wtorek, 20 czerwca 2017

Nieśmiałość i inne znaki ostrzegawcze

Profesor Zimbardo - ten od eksperymentu więziennego i psychologii zła, ostatnio zaś także od bohaterstwa dnia codziennego – bada od lat 70. XX wieku problem nieśmiałości wśród dzieci i dorosłych. Skala zjawiska systematycznie wzrasta, powodując, że to zagadnienie z psychologii społecznej zaczyna być postrzegane jako choroba społeczna. Dlaczego?
Odpowiedź na to pytanie jest dosyć prosta i wpisuje się w moją osobistą potrzebę krytyki tempa naszych czasów. Czasów, które oddają to, co najlepsze osobom dynamicznym, przedsiębiorczym, aktywnym i hałaśliwym. Ostatnio pojawiło się wiele publikacji książkowych i forów internetowych poświęconych introwertykom. Dają sobie oni prawo do bycia sobą, czyli osobami, które swą percepcję i działania kierują do wewnątrz, a w mniejszym stopniu na świat zewnętrzny, poza swoimi myślami i uczuciami. Współczesny świat sprzyja ekstrawertykom – to ich modele zachowań uchodzą za „normalne”. Na pewno są bardziej prospołeczne, warto jednak pamiętać, że ludzie są różni.
A wracając do nieśmiałości – daje ona nam powoli o sobie znać, jak introwersja. I tu chyba ciekawsze pytanie: po co? Moim zdaniem, jako ostrzeżenie. Nie wszyscy osiągniemy szczyty – wiedzy, bogactwa i sławy. Nie wszyscy musimy też grać w tę grę – biegnąc z innymi szczurami po wątpliwy sukces. Pewnych tendencji nie da się od razu zmienić i zawrócić, ale warto zastanowić się, jaki świat gotujemy najmłodszym.


Czy potrzebują kolejnych bodźców w postaci urządzeń multimedialnych, zajęć pozalekcyjnych i powolnej alienacji? Raczej fajnie byłoby mieć pokolenie, które potrafi zadbać o swoje zdrowie, uprawiając sport dla przyjemności (niekoniecznie dla rywalizacji) i zdrowo się odżywiając. Które potrafi współpracować przy rozmaitych projektach, także obywatelskich. Które żyje świadomie, a więc trochę wolniej i bez przymusu robienia wszystkiego. I z poczuciem osobistego sukcesu – nawet jeśli nie ma się cech urodzonego lidera czy showmana.  
  Dziecko nieśmiałe żyje w lęku. Lęk to przeciwieństwo radości życia, poczucia własnej wartości, zaufania do siebie i świata. Nierzadko dom i szkoła pogłębiają ten lęk – przyklejając etykietki, podnosząc wymagania, ośmieszając. A tymczasem potrzeba tego, co zwykle – życzliwego wsparcia, zatrzymania się, przychylnej cierpliwości. Potrzeba, żebyśmy byli dla siebie nawzajem bardziej ludzcy. 

środa, 31 maja 2017

Na Zachodzie bez zmian. U nas też

Dziś niemieccy naukowcy. Potwierdzili, że coraz więcej młodych ludzi uzależnionych jest od urządzeń elektronicznych. Jak mantrę powtarzają też, że dzieci do 2. roku życia (słownie: drugiego) nie powinny korzystać ze smartfonów dłużej niż 30 minut dziennie. A tymczasem problem nadużywania zaczyna się wcześniej – w zasadzie po urodzeniu. Bo matki karmiąc piersią przeglądają jednocześnie strony internetowe na swoich telefonach.
O tym, że korzystanie z urządzeń multimedialnych powoduje wzrost nadpobudliwości i wagi, a obniża koncentrację oraz odporność wszyscy już słyszeliśmy. Ale czy coś z tego wynika? Przykład – jak zwykle zresztą – idzie z góry. Pytanie brzmi zatem, jak my, jako dorośli (nie tylko rodzice), korzystamy z urządzeń elektronicznych. Czy wykazujemy się samodyscypliną?
Jeśli nie mamy sobie nic do zarzucenia, pora zadać następne pytanie: czy (głównie jako rodzice) wprowadzamy dzieciom ograniczenia czasowe korzystania z multimediów? I czy ich przestrzegamy? Zbyt często bowiem smartfony i tablety stanowią najlepszy prezent, nagrodę, ale też substytut czasu spędzonego razem, spotkania towarzyskiego, rozmowy.
  Urządzenia elektroniczne stanowią element naszej codzienności. Są zjawiskiem relatywnie nowym, niekoniecznie negatywnym, na pewno pogłębiającym się. Wszyscy musimy nauczyć się funkcjonować z nimi na co dzień tak, by nie zatracić zdrowego rozsądku. I podpowiedzieć najmłodszym, że istnieje życie także bez multimediów, nawet jeśli pozornie wydaje się mniej wciągające.