poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Wielokulturowość: Żydzi w Berlinie

Wyjazd edukacyjny jest nie tyle alternatywą dla podręcznika, co jego ciekawym uzupełnieniem. Dziś propozycja dla starszych uczniów – gimnazjalistów, a najlepiej młodzieży ze szkół ponadgimnazjalnych: lekcja najnowszej historii w stolicy Niemiec. Trzy ważne muzea, nawiązujące do trudnych czasów II wojny światowej, przedstawiające mechanizmy władzy totalitarnej i etapy ludobójstwa. Do każdego z nich wstęp jest bezpłatny. Zatem po kolei.
            W styczniu 1942 roku w willi nad jeziorem Wannsee w Berlinie prominenci nazistowskiej służby państwowej III Rzeszy spotkali się na konferencji, by omówić sposób realizacji masowego mordu Żydów europejskich, czyli tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej. Dziś w tym samym miejscu mieści się muzeum Dom Konferencji w Wannsee (http://www.ghwk.de/pl/dzial-edukacyjny/dzial-edukacyjny.html), oferujące m.in. oprowadzanie grup szkolnych po wystawie stałej, prezentującej historię antysemityzmu w Niemczech, politykę nazistów wobec Żydów czy wreszcie historię Holokaustu.
Szerszy kontekst historyczny, dotyczący polityki nazistów w ogóle, ukazuje wystawa w muzeum Topografii Terroru (http://www.museumsportal-berlin.de/pl/muzea/topographie-des-terrors/).  Obiekt mieści się na terenie dawnej dzielnicy rządowej III Rzeszy, a poszczególne plansze stanowią dokumentację zbrodni wojennych z różnych zakątków Europy.
Kolejny obiekt, związany z Zagładą, to znajdujący się nieopodal Bramy Brandenburskiej Pomnik Pomordowanych Żydów Europy – pod nim mieści się podziemne muzeum (http://www.museumsportal-berlin.de/pl/muzea/denkmal-fur-die-ermordeten-juden-europas-ort-der-information/), do którego wstęp także jest bezpłatny.
Berlin to miasto bardzo nowoczesne i zdecydowanie wielokulturowe. Na każdym kroku widać jednak starania o zachowanie pamięci o historii, także tej trudnej, budzącej sprzeciw, ból, poczucie winy. Moja interpretacja jest prosta – dobrą teraźniejszość i przyszłość budować można tylko w oparciu o szacunek dla historii i lekcji, jakie ona przyniosła. Bez skutecznej edukacji ludzie mogą potencjalnie powtórzyć każdy błąd. A przed ewentualnymi skutkami przestrzegają przedstawione powyżej placówki – łatwo dostępne dla każdego refleksyjnego człowieka.

piątek, 29 lipca 2016

Wrocław za bezcen

Wakacyjne (i nie tylko) podróże dziecka zależą przede wszystkim od świadomości i stanu konta jego rodziców, czasem też od ich fantazji czy odwagi. Szkolne zaś wyjazdy – jeśli kierować się teorią – powinny uwzględniać przede wszystkim wiek uczniów i związane z nim możliwości poznawcze. I tak najmłodsi mogą zwiedzać najbliższą okolicę, dzieci z klas od IV do VI już poznają cały region, gimnazjaliści – Polskę, a uczniowie szkół ponadgimnazjalnych – zagranicę.
     Tuż przed wakacjami z moimi szóstoklasistami pojechaliśmy na ostatnią w szkole podstawowej wspólną wycieczkę – do Wrocławia. Stolica Dolnego Śląska oferuje mnóstwo atrakcji i to z różnych dziedzin. Naszym celem było zwiedzenie kilku ciekawych miejsc za niewielką cenę. Poniżej garść sprawdzonych propozycji – może ktoś skorzysta z nich już jesienią, po powrocie do szkoły. 



            Po pierwsze, w miarę możliwości warto odbyć podróż pociągiem – nie tylko ze względu na cenę. Takie czasy, że niewielu uczniów zna ten środek transportu. Atrakcję stanowią zresztą – dla osób z mniejszej miejscowości – także tramwaje, można zatem z nich skorzystać, jeśli musimy przemieszczać się po mieście, a nie mamy wynajętego autokaru. Po drugie, niezłą formą oszczędności są bilety grupowe (niektóre wymagają wcześniejszej rezerwacji).
Warto też szukać zamienników – np. naszej małej grupy (15 osób) nie było stać na odpłatny spacer po Dzielnicy Czterech Wyznań wraz z warsztatami, dlatego zwiedziliśmy wystawę z okazji 500-lecia reformacji (to już w 2017 roku!) w Centrum Ewangelickim (http://www.luteranie.org/centrum-ewangelickie-rozpoczyna-dzialalnosc/) obok kościoła Opatrzności Bożej – nieodpłatnie. Za dramo obejrzeć można także wnętrze odremontowanej synagogi Pod Białym Bocianem (http://wroclaw.jewish.org.pl/synagoga/historia-synagogi/zwiedzanie-synagogi/).
            Jak zatem zaplanować dzień pełen wrażeń we Wrocławiu? Oto przykład. Dojeżdżamy pociągiem – wyspani i w dobrych humorach, przyda się też zaczarować pogodę (zawsze lepsze są widoki w słońcu niż w deszczu). Pieszo maszerujemy w stronę Rynku Starego Miasta, omawiając po drodze najciekawsze obiekty (tu trochę historii – np. przy pomniku Bolesława Chrobrego – i architektury: Wrocławski Teatr Lalek, Opera Wrocławska, Narodowe Forum Muzyki). Odwiedzamy Centrum Ewangelickie i synagogę (wątek wielokulturowy), by w końcu przez Plac Solny dotrzeć na Rynek. Tu element polonistyczny (w końcu wychowawca jest polonistą) – wizyta w nowo otwartym Muzeum Pana Tadeusza (http://www.pantadeusz.ossolineum.pl/pl/) - o nowoczesnych muzeach szerzej innym razem. Potem jeszcze krótka wizyta przy ulicy Jatki oraz na dziedzińcu Ossolineum i przerwa na obiad. Do tej pory wszystko – za wyjątkiem wizyty w muzeum – za darmo.




Po obiedzie spacer na Ostrów Tumski przez Most Piaskowy, zwiedzanie katedry i wjazd na wieżę katedralną (odpłatny). Dalej tramwajem pod Halę Stulecia (zabytek UNESCO – na wystawie stałej ciekawe informacje dotyczące budowy hali oraz modernizmu w Polsce i na świecie: http://halastulecia.pl/) i relaks przy fontannie multimedialnej (za dramo) oraz w niedalekim Ogrodzie Japońskim (bilet ulgowy za jedyne 2 zł: http://www.ogrod-japonski.wroclaw.pl/). Potem już tylko lody, tramwaj na dworzec i bezpieczny powrót do domu w towarzystwie tyleż zmęczonych, co zadowolonych dzieciaków. Jeden dzień, a tyle – by użyć niemodnego już terminu – edukacyjnych ścieżek.




wtorek, 31 maja 2016

Oda do jabłka

Nie spotkałam się na razie z wynikami badań amerykańskich naukowców, które kwestionowałyby fakt, że jabłka są zdrowe. Może nie jestem na bieżąco i tkwię w błędnym przekonaniu, ale – subiektywnie zatem – stwierdzam, że jabłka są, owszem, pyszne i zdrowe. I okazały się również świetnym narzędziem obserwacji tzw. współczesnej młodzieży.
            Kończący się rok szkolny obfituje w mojej szkole w jabłka i to w różnej postaci. W końcu Polska jabłkiem stoi, a do akcji „Owoce dają moc” obecność jabłek w szkolnych murach się nie ogranicza. Wszystko rozpoczęło się na jesieni (dla jabłek to dobra pora). Pojawił się pomysł, by w ramach zajęć z edukacji regionalnej przygotować własnoręcznie mus jabłkowy. Dla seniorów z naszej miejscowości. Tych najstarszych – ponad osiemdziesięcioletnich. Kulinaria zawsze się podobają – i dzieciom, i tym obdarowywanym. A w końcu dla starszych osób taki mus to smak dzieciństwa (bo nie jest nim przecież krem orzechowy). Zatem działanie ciekawe, sprzyjające łączeniu pokoleń. I świetne źródło obserwacji. Jakie z niej wnioski?
            Są dzieci samodzielne, które świetnie poruszają się po kuchni (wciąż stereotypowo przeważają tu dziewczynki, nie wiem, dlaczego chłopaków tak często nie zaprasza się w domach do pomocy). Ale są też osoby, które nie potrafią w wieku dwunastu lat obrać jabłka. Są dzieciaki wytrwałe, cierpliwe, ciekawe efektów oraz takie, którym brakuje doświadczenia w tworzeniu (na przykład przetworów czy ciast) i oczekiwaniu. Są osoby zbierające skórki dla królika i takie, które wyrzucą pół jabłka, bo już straciły na nie ochotę. I w końcu są dzieci, które wiedzą jak zachować się przy stole oraz grupa, która może wie, ale tej wiedzy nie stosuje w praktyce.
            I jeszcze o śniadaniach. Boję się pytać, ilu dzieciaków nie zjada w domu rano śniadania, bo wiem, że tacy są. Ale sądząc po drugim śniadaniu, przynoszonym przez uczniów do szkoły, akcje promujące zdrowe odżywianie wciąż raczkują i do wielu (rodziców) nie dotarły jeszcze. Słodycze (a do nich zaliczam też – choć to pewne uproszczenie, może nawet nadużycie – kanapki z kremem czekoladowym) to jednak podstawa wyżywienia jednostek (u niektórych przekłada się to na zdiagnozowaną - lub i nie - nadaktywność).  
Pamiętam ze swojej podróży do Stanów, już dekadę temu, akcję promowaną przez Michelle Obamę, by wręczać dzieciom jabłko do szkoły. Dziwiłam się wtedy, do czego to doszło, że trzeba społeczeństwo uczyć jedzenia owoców na drugie śniadanie. Ale tymczasem u nas już jest tak samo. Sądząc po popełnianych błędach, gonimy zachód wytrwale. Oby szybko przyjęła się teraz pod każdą strzechą moda na slow food. W tym jednym pośpiech byłby wskazany…   

wtorek, 17 maja 2016

Notatki po forum

     W minionym tygodniu odbyło się III Forum Bibliotekarzy Województwa Opolskiego, zorganizowane przez Pedagogiczną Bibliotekę Wojewódzką w Opolu. Dziś krótko o wnioskach i refleksjach wypływających z tego spotkania.
           Po pierwsze, kondycja ludzi książki – bibliotekarzy, ale także przedstawicieli oświaty – jest, jakby na przekór wynikom badania stanu czytelnictwa w Polsce, dobra. Biblioteki stają się nowoczesnymi, aktywnymi placówkami, dbającymi o stały kontakt z czytelnikami oraz o zróżnicowany repertuar działań promujących czytelnictwo. Po drugie, nauczyciele czytają coraz więcej i chętniej, zarówno literaturę fachową, jak również beletrystykę. Po kolejne, nowe media udostępniają książki w formie elektronicznej lub audio. Pojawia się zatem pytanie: co nie działa?
            A może jednak wszystko działa. Tylko potrzebuje czasu. Jeśli będziemy konsekwentni, mamy szansę ujrzeć za kilka lat lepsze statystyki. Przekonani o uniwersalnej wartości, jaką jest czytanie, róbmy po prostu swoje. Zwłaszcza zaś zachęcajmy najmłodszych. Jak? Czytając im, najlepiej na głos. I wykorzystując po temu każdą okoliczność.

piątek, 6 maja 2016

Byle razem

Zmysły niemowląt tuż po urodzeniu są słabo wykształcone, potrzeba jednak niewiele czasu, by zaczęły się rozwijać. Badacze mózgu wraz z twórcami metod polepszania czytania proponują, aby już najmłodszych wprowadzać w świat książek. Nie jest to dziś trudne – dostęp do książeczek dla dzieci jest łatwy, a ich wybór – ogromny. Na przeszkodzie staje zatem brak świadomości dorosłych i/lub brak czasu.
            Z uwagi na mechanizm rozwijania się wzroku godne polecenia dla niemowląt są czarno-białe, kontrastowe książeczki obrazkowe. To dobry początek, zanim przejdziemy do kolorowo ilustrowanych baśni czy opowiadań. Kontrastowe bodźce wpłyną na rozwój dróg wzrokowych, a wypowiadane przy tym słowa – na wykształcanie się słuchu. Najważniejsza jest tu jednak – jak nietrudno odgadnąć – tworząca się przy okazji tej formy czytania bliskość.
            Gdy przyzwyczaimy dziecko do wspólnego spędzania czasu z książką (choć przez kilka minut dziennie),  zadbamy o to, by wzbudzać jego wyobraźnię oraz uczuciowość, ale – przede wszystkim – nie pozostawimy malucha samego z pojawiającymi się w nim emocjami. Dziecko podzieli się swoim strachem, radością czy smutkiem, zachowa poczucie bezpieczeństwa i wzmocni pewność siebie. Korzyści są nieocenione, a sposób ich pozyskania – wyjątkowo łatwy.
            Szukamy jeszcze łatwiejszego? Dla wszystkich, którzy uciekają się do bajek animowanych oglądanych na ekranie telewizora czy komputera, podobna rada. Działanie na wyobraźnię będzie wtedy co prawda innego rodzaju, ale emocje w dziecku zostaną wzbudzone. Nie pozwalajmy, aby pozostały bez opieki. Porozmawiajmy z maluchem, o czym była bajka. A najlepiej oglądajmy razem z nim. Bo o to razem wszystko się tutaj rozbija.

piątek, 29 kwietnia 2016

Jeszcze o teatrze...

Małe dzieci uczestniczą w spektaklach teatralnych, czytają książki (lub słuchają, gdy im się czyta) i oglądają filmy – animowane, ale także fabularne, adekwatne do ich wieku. W pewnym momencie dochodzi jednak do swoistego załamania – czytelnictwa i udziału w kulturze w ogóle. Wtedy teatr również przestaje być atrakcyjny. Dlaczego?
Jednym z powodów jest brak odpowiedniego repertuaru dla starszych klas podstawówki oraz gimnazjum. Istnieje luka między przedstawieniami dla maluchów a spektaklami dla licealistów i dorosłych. Tę lukę wypełniają tylko spektakle profilaktyczne oraz inscenizacje lektur szkolnych prezentowane młodym ludziom dwa razy do roku. Trudno oczekiwać, by dzięki nim utrzymać zainteresowanie sztuką teatralną wśród młodzieży, nie mówiąc już o wzbudzeniu do niej miłości…
Co robić w tej sytuacji? Jak zjednywać fanów dla teatru? Warto zaangażować dzieci po drugiej stronie kurtyny. Skoro już nie mogą być zbyt często widzami, niech będą aktorami! Mogą zatem przygotować teatrzyk dla młodszych kolegów – nie tylko taki z kukiełkami i kurtyną. Ciekawym pomysłem jest kamishibai, czyli japoński teatr obrazkowy. Dzieci odczytują zebranej publiczności historię i pokazują w drewnianej skrzynce gotowe ilustracje, ale mogą też same wybrać ciekawą baśń (np. arabską czy kazachską) i wykonać do niej ładne obrazki. Wtedy satysfakcja będzie jeszcze większa, a to o nią w edukacji teatralnej (i nie tylko) chodzi.
         Innym pomysłem jest – całkiem oczywisty – udział w apelach i uroczystościach szkolnych. Aktywna praca uczniów nawet przy montażach słowno-muzycznych jest dobrą okazją do prezentacji talentu recytatorskiego lub poziomu gry na instrumencie. Kto nie nadaje się do odgrywania roli, może odnaleźć się w innym działaniu – jako narrator, mim lub dźwiękowiec. Najważniejszy jest brak przymusu i możliwość realizacji.
            Zadbajmy o to, by młode pokolenie nie rezygnowało z bogactwa kultury. Czekając na ciekawe spektakle – wartościowe i adekwatne do wieku odbiorców, stwórzmy płaszczyznę kontaktu z teatrem, dajmy dzieciom możliwość zaangażowania się w sztukę, budujmy dobre skojarzenia. Dzięki takim krokom mamy szansę wychować nową publiczność teatralną. A może nawet samych ludzi teatru. W końcu zawsze ktoś jest po drugiej stronie kurtyny… 

czwartek, 14 kwietnia 2016

Brudne dziecko to szczęśliwe dziecko

Zacytowana w tytule prawda życiowa jest niby oczywista. Jednakże uderza ona tak bardzo w poczucie estetyki osób dorosłych i ich potrzebę kontroli, że z reguły pozostaje jedynie teorią. Czy mogłoby być inaczej? Podzielę się dziś informacją zasłyszaną na konferencji – o przygodowych placach zabaw. Co to za miejsca?    
Przygodowe place zabaw dają dzieciom przestrzeń do tworzenia: budowania, wbijania gwoździ, konstruowania szałasów, malowania i tym podobnych działań. Są pełne opon, desek, puszek czy patyków. Nie są odgrodzone płotem, ale znajdują się w bezpiecznym miejscu. Na pierwszy rzut oka przypominają zagracone podwórko czy nawet uporządkowane śmietnisko. Brzmi znajomo?
W czasach, gdy rozwinął się sentyment do zapomnianego trzepaka, na pewno tak. Dawniej dzieci miały dostęp do kreatywnej, nieskrępowanej zabawy na świeżym powietrzu. Jednak czasy się zmieniły – trudno jednoznacznie wyrokować, czy na lepsze czy na gorsze.  Rodzice są nadopiekuńczy, regulacje prawne wprowadziły pewne ograniczenia, ale z drugiej strony bezpieczeństwo dzieci stało się – i trudno to kwestionować - sprawą bezwzględnie nadrzędną.  
Być może po kroku w przód, czyli stworzeniu nowoczesnych placów zabaw, przyszła pora na krok do tyłu. Nowe place są ładne, ale nieatrakcyjne dla dzieci, a przynajmniej nie rozwijają kreatywności, umiejętności współpracy czy zaradności. Nie pozwalają dzieciom poznawać własnych granic, słabych i mocnych stron. Realizują potrzeby dorosłych, a powinny przecież służyć najmłodszym.
Może warto wrócić do korzeni, stworzyć przestrzeń do autentycznej, twórczej, szalonej zabawy, pod nadzorem, ale nie kontrolą dorosłego. Nie negując przy tym kategorii bezpieczeństwa, lecz nie dając się jej też sterroryzować. W końcu chodzi o to, by dziecko było szczęśliwe.