środa, 21 marca 2018

Bez (polskich) bodźców ani rusz

Dziś wracam do tematu dwu- i wielojęzyczności, ale w kontekście promocji języka polskiego wśród dzieci polonijnych zagranicą. Oto kilka ważkich sugestii i uwag.

Po pierwsze, im wcześniej, tym lepiej. Dziecko jest nie tylko bardziej elastyczne i chętne, by (trochę bezwiednie) uczyć się dodatkowego języka. Z pomocą przychodzi mu też sama biologia, a uściślając – fizjologia aparatu mowy. Nie jest prawdą, że im jesteśmy starsi, tym trudniej uczyć nam się języków. To kwestia indywidualna. I pytanie, ile języków już znamy – bo skojarzenia nam niewątpliwie pomagają (a czasem przeszkadzają, zwłaszcza przy językach z tej samej grupy). Gdy jesteśmy starsi, nie nauczymy się mówić w nowym języku bezakcentowo. Taką szansę mają tylko dzieci do około 12 roku życia, czyli do momentu dojrzewania. Potem aparat artykulacji „usztywnia się” – i realizuje bezakcentowo język ojczysty (lub języki ojczyste, przy dzieciach wychowywanych wielojęzycznie).

Po drugie, im więcej (różnorodnych) bodźców, tym lepiej. Dobrze, gdy rodzice (lub rodzic polskojęzyczny w parach mieszanych) konsekwentnie rozmawiają z dzieckiem po polsku, wychodząc przy tym poza tzw. kuchenną polszczyznę (niem. Küchenpolnisch). Nie trzeba może od razu (chyba że jest się zapalonym matematykiem) wprowadzać nazw trójkątów po polsku, ale już elementy świata przyrody czy miejskiego krajobrazu warto nazywać także w naszym języku. W budowaniu zasobu słów pomogą też, oczywiście, książki czy słuchowiska odpowiednie do wieku dziecka. W przeciwnym wypadku nie tylko akcent stanie się problemem (czy realizacja głosek typu ś, ź, ć), ale także – po prostu – brak polskiego słownictwa.

Biorąc po uwagę, że jeden rodzic (czy nawet dwoje) to niewiele, warto często kontaktować się z innymi polskojęzycznymi osobami – z rodziną (chociażby przez Skype’a) czy ze znajomymi. Świetne efekty przynosi często obecność (w codziennym życiu dziecka) mówiącej po polsku babci czy np. opiekunki. A z wiekiem, gdy wpływ rodziców/dorosłych maleje, ważne jest, by dziecko miało polskojęzycznych rówieśników. Tu pomocne będą regularne, choćby cotygodniowe, spotkania edukacyjne, ale także półkolonie z językiem polskim (zagranicą) oraz wycieczki edukacyjne lub towarzyskie do Polski (np. na weekend lub w czasie ferii szkolnych, zależnie od kosztów i odległości) oraz kolonie letnie, najlepiej w Polsce.

Opisane wyżej działania mają pokazać dziecku, że język polski jest żywy, że posługują się nim różne osoby, także takie, do których dziecko czuje sympatię, które podziwia czy szanuje. Bez odpowiednich bodźców (i odpowiedniego ich natężenia) język polski okaże się dla dziecka zagranicą zbyt trudny, obcy lub po prostu niepotrzebny.      

niedziela, 28 stycznia 2018

Słownik słowiański

Pomysł na fragment lekcji lub na całą godzinę. A jeśli się spodoba – to także na cały blok, na mniejszy lub większy projekt. O co chodzi? O tropienie etymologii polskich wyrazów – zwłaszcza tych z czasów słowiańskich oraz wczesnochrześcijańskich.

Oto pierwsza przykładowa triada:
·  białogłowa – kobieta zamężna; określenie związane było z tym, że mężatki wiązały na głowach białe chustki;
· muchomor – grzyb trujący, którego w kurnych chatach mieszkalnych, pełnych gryzoni i robactwa, używano do trucia much (!);
·  rosół – zupa, która pojawiała się przy okazji pozbywania się soli („roz-sól”) z zakonserwowanego nią mięsa podczas gotowania tegoż solonego mięsa w wodzie.

Dwa pierwsze przykłady dobrze posłużą nam także przy tłumaczeniu złożeń słowotwórczych, a ostatni – np. prefiksów i rodzin wyrazów (również w kontekście pisowni ortograficznej wyrazów z ó). Na dowód, że język jest logiczny, ważny, a do tego bywa po prostu inspiracją do… zabawy. Miłego tropienia! 

niedziela, 7 stycznia 2018

Pułapki dwujęzyczności

Temat dwu- i wielojęzyczności jest w Europie (i w ogóle na świecie) coraz bardziej popularny. Przeprowadzono już liczne badania, a ich wyniki napawają optymizmem: wielojęzyczność to bardzo przyszłościowy trend. W Polsce – ze względu na typową u nas w ostatnich dekadach monochromatyczność – powyższy temat rozwija się dużo wolniej i raczej w odniesieniu do Polonii. Ale też zaczyna nas stopniowo dotyczyć.

Moje doświadczenia z dwujęzycznością pochodzą z niemieckiego podwórka. Od pewnego czasu zdarza mi się dosyć regularnie prowadzić lekcje języka polskiego dla dzieci z polskich rodzin. Zapamiętałam, jak kiedyś na szkoleniu prowadząca oznajmiła, że nie ma gorszego nauczyciela polskiego od polonisty. I przechowuję to zdanie w pamięci jako przestrogę. Nauczać polskiego zagranicą lub jako języka drugiego/obcego, to zdecydowanie nie to samo, co praca w polskiej szkole. Jednak o przydatnych tu kompetencjach innym razem.

Zauważyłam, że młode pokolenie Polonii ma dziś inne priorytety. Są to z reguły wykształceni ludzie, którzy nie wyjechali zagranicę stricte z powodów ekonomicznych czy politycznych. Zależy im, by dzieci zachowały język polski. To kwestia większej świadomości, ale też dowód pragmatycznego myślenia – w końcu na rynku pracy każdy język stanowi wartość. Nigdy nie wiadomo, która umiejętność okaże się w przyszłości kluczowa.

Tyle tytułem wstępnych założeń. Bo niestety w życiu, jak to w życiu, dosyć szybko pojawiają się wyzwania do przezwyciężenia. I tak – wbrew pozorom – w lepszej sytuacji są chyba jednak pary mieszane. Tam bardzo szybko widać, że język polski nie jest dominujący. Zwykła ekonomia użycia języka działa na niekorzyść polskiego – nie tylko środowisko jest np. niemieckojęzyczne, ale też część rodziny (a raczej większość rodziny, która żyje w pobliżu). Rodzice od początku są zatem bardziej czujni.

I tu dochodzimy do sedna, czyli do tytułowych pułapek: w rodzinach polskojęzycznych żyjących zagranicą łatwo o mylne przekonanie, że skoro rodzice są Polakami i językiem ich serca jest polski, to dziecko będzie miało tak samo. A na bardziej przyziemnym poziomie – jeżeli rodzice mówią po polsku, to dziecko rozumie i też mówi po polsku. I samo z siebie czyta oraz pisze po polsku. Tym bardziej nie.

Dziecko dokonuje wyboru swojego języka serca. Jeżeli żyje zagranicą, chodzi tam do przedszkola i do szkoły, poznaje przyjaciół, a w końcu studiuje i zakochuje się – mała jest szansa, by dominował w jego życiu język polski. To skądinąd naturalne i zrozumiałe. Ale ten język polski nie musi też zupełnie zniknąć, zostać – zwykle na etapie nastoletniego buntu czy wstydu, że jest niewystarczająco dobry – porzucony. Tu właśnie jest miejsce na wprowadzanie w życie wiedzy o dwu- i wielojęzyczności, która jest już dla nas dostępna. Dwujęzyczność wymaga pracy, konsekwencji i wewnętrznej motywacji (rodziców i dziecka), ale jest możliwa do osiągnięcia. A trud w takiej czy innej formie na pewno się w przyszłości opłaci.



środa, 27 grudnia 2017

Na Gody i do siego roku!

      Właściwie dopiero studia podyplomowe związane z nauczaniem języka polskiego jako obcego wpłynęły w znaczącym stopniu na rozwój mojej świadomości językowej. Nagle (w końcu!) różne puzzle zaczęły się układać w sensowną całość. Wcześniej byłam studentką filologii polskiej, a wreszcie też polonistką skupioną – jak większość – bardziej na literaturze i literaturoznawstwie niż na językoznawstwie. Tymczasem teraz staje się dla mnie jasne, że nie nauczymy języka (ojczystego ani żadnego innego) bez zrozumienia i wyjaśnienia innym jego struktury.
      I tak Boże Narodzenie jako święto chrześcijańskie powstało dopiero w IV wieku, wcześniej czczenie daty narodzin Jezusa nie wydawało się tak istotne. Co ciekawe, data 25 grudnia przypada bardzo blisko przesilenia zimowego. Ten ważny moment, od którego dni stają się coraz dłuższe, miał istotne znaczenie w kultach pogańskich, jako zwycięstwo światła nad ciemnością.
      W tradycji słowiańskiej obchodzono wtedy Godowe Święto lub Szczodre Gody - dzieci w szczodry wieczór otrzymywały zresztą drobne upominki, jabłka, orzechy i placki w kształcie zwierząt. Synkretyzm wiąże się nie tylko z analogiczną datą starego i nowego święta, ale także z rozlicznymi zwyczajami, kultywowanymi niejednokrotnie po dziś dzień (by wspomnieć tylko sianko pod obrusem czy pozostawianie pustego nakrycia – wtedy dla nawiedzających domostwo duchów zmarłych przodków).

Projekt, wykonanie i zdjęcie: Rozwita Pawleta
      Na Śląsku – a pewno i w innych regionach Polski - najstarsze pokolenie nadal używa określenia Gody na Boże Narodzenie, a raczej na okres od Bożego Narodzenia do Trzech Króli (porównaj: https://sjp.pwn.pl/sjp/gody;2462226.html). Obserwacja pogody przez tych kolejnych 12 dni przynosiła prognozę pogody i zbiorów w nowym roku. A pomyślność i urodzaj zagwarantować mogły odwiedziny kolędników – przesunięte z początków wiosny (Nowy Rok u dawnych Słowian) na czas po przesileniu zimowym (Nowy Rok u chrześcijan).
      Ileż tu kolejnych wątków można by teraz wprowadzić? Śledzenie historii obrzędowości i używanych na przestrzeni wieków nazw to, moim zdaniem, świetny pomysł na niejeden projekt klasowy… Tymczasem pora, bym kończyła moje wywody. I chętnie w tym miejscu wykorzystam wciąż popularne życzenia: do siego roku! Przypominając, że siego to po prostu forma dopełniacza staropolskiego zaimka wskazującego si. Zatem w wolnym tłumaczeniu: do tego (2018) roku!

sobota, 28 października 2017

Jak to się robi w Izraelu?

Jakiś czas temu pisałam o przygodowych placach zabaw (http://pedagogiczna-pbwopole.blogspot.co.il/2016/04/brudne-dziecko-to-szczesliwe-dziecko.html). Dziś, przebywając w kibucu Jizre’el na północy Izraela, dochodzę do bardzo podobnych wniosków: zaszliśmy zbyt daleko w kwestii estetyki i standardów bezpieczeństwa. Dziecko nie potrzebuje, by miejsce do zabawy było piękne – musi być ciekawe, stwarzać okazje do zabawy i wykazania się kreatywnością.



Oczywiście, patrząc na te place i podwórka zastanawiam się chociażby nad kwestią higieny. Od razu jednak robię się sentymentalna, gdyż przypomina mi się przydomowe podwórko, pełne starych przedmiotów – garnków, pudełek, łopatek. I pełne… ziemi. Niewiele więcej potrzebowałyśmy z kuzynką do szczęścia. Codziennie po szkole zabawa w dom czy sklep trwała w najlepsze. Wzmacniając mimochodem naszą odporność.


Miejscowi wychowawcy w kibucowym żłobku i przedszkolu są zgodni – dzieci świetnie się bawią, grzebią w piachu, oblizują zabawki (i przedmioty – jakby to ująć - w roli zabawek) i uodparniają się stopniowo na zarazki. Trudno wyobrazić dziś sobie, aby dziś gdziekolwiek w Polsce (czy – szerzej – w Europie) z pełną świadomością stworzyć plac zabaw podobny do tego ze zdjęć. Jednak z drugiej strony pora powoli zrewidować nasze myślenie, skażone biurokracją, nadodpowiedzialnością i poczuciem, że wiemy, co dla maluchów najlepsze.


Jak mawiał Korczak, trzeba pozwolić dzieciom być dziećmi. Nierzadko właśnie grzebiącymi w ziemi.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Na dobry początek

I znów wrzesień za progiem. I początek nowego roku szkolnego, który jest jeszcze większym wyzwaniem niż zazwyczaj… Czego sobie życzyć? Siły, wytrwałości, poczucia sensu. 

Wygląda na to, że jedynie zmiana jest w życiu pewna. I może to jest najważniejsza lekcja, jaką należy przekazać młodemu pokoleniu. Z umiejętności zaś – umiejętność radzenia sobie ze zmianą. Ćwiczmy w tym młodzież i ćwiczmy sami… 

poniedziałek, 31 lipca 2017

Urodzinowo - Korczak

W lipcu przypada rocznica urodzin Janusza Korczaka. Warto z tej okazji zajrzeć do publikacji Centrum Edukacji Obywatelskiej przygotowanej z myślą o jubileuszowym roku 2012, czyli do „Elementarza Korczaka” (http://www.ceo.org.pl/pl/korczak/elementarz-korczaka). Może znajdzie się w nim jakieś inspiracje na nowy rok szkolny 2017/18?
Czy ocena, na której wciąż i niezmiennie bazuje szkoła, jest rozwiązaniem etycznym? Wizja partnerskiej relacji uczeń-nauczyciel jest raczej dość odległa od rzeczywistości, jednak w drugim podrozdziale - o prawach człowieka zaczynających się od praw dziecka - ciekawa wskazówka: żeby szkolne regulaminy nie były w konflikcie z naturalnymi potrzebami dzieci. Bo wciąż, niestety, często są.
Sporo informacji także o życiu w gromadzie (czytaj: o budowaniu postawy obywatelskiej) i przedsiębiorczości. Edukacja ekonomiczna pojawia się za rzadko. Szkoła nie uczy o własności, oszczędzaniu, wartości pieniądza. Czasem uczy tego dom, ale temat ten jest zbyt odległy dla przeciętnej polskiej rodziny. Raczej pokoleniowo przekazujemy ekonomiczną niewiedzę… A podświadomie nawet poczucie, że pieniądze to jednak jakieś brudne sprawy – ale o tym szerzej innym razem.
I jeszcze w duchu korczakowskim – o władzy jako odpowiedzialności. Warto, by dzieci jak najwcześniej uczyły się, jak funkcjonuje państwo, jakie prawa i obowiązki posiadają obywatele. Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, jak nierówny jest poziom świadomości w społeczeństwie w obrębie tych zagadnień. A przecież nie musi to być wiedza dla wybranych.
Na koniec zaś – o specjalizacji. Trudny wątek. Trochę nawet sprzeczny z dążeniem naszych czasów. Czyż nie powinniśmy się znać na wszystkim? Jak się specjalizować, jeśli przyszłe pokolenia czeka kilkakrotne przebranżowienie zawodowe? Wbrew pozorom nie musi się to wykluczać. Wizja zmiany nie daje nam prawa do bylejakości. Raczej możliwość doszkalania się, zgłębiania tematu i szukania powiązań między dziedzinami. W cenie nie jest przecież chaos, tylko jego porządkowanie… Miłych, wakacyjnych rozmyślań!

wtorek, 20 czerwca 2017

Nieśmiałość i inne znaki ostrzegawcze

Profesor Zimbardo - ten od eksperymentu więziennego i psychologii zła, ostatnio zaś także od bohaterstwa dnia codziennego – bada od lat 70. XX wieku problem nieśmiałości wśród dzieci i dorosłych. Skala zjawiska systematycznie wzrasta, powodując, że to zagadnienie z psychologii społecznej zaczyna być postrzegane jako choroba społeczna. Dlaczego?
Odpowiedź na to pytanie jest dosyć prosta i wpisuje się w moją osobistą potrzebę krytyki tempa naszych czasów. Czasów, które oddają to, co najlepsze osobom dynamicznym, przedsiębiorczym, aktywnym i hałaśliwym. Ostatnio pojawiło się wiele publikacji książkowych i forów internetowych poświęconych introwertykom. Dają sobie oni prawo do bycia sobą, czyli osobami, które swą percepcję i działania kierują do wewnątrz, a w mniejszym stopniu na świat zewnętrzny, poza swoimi myślami i uczuciami. Współczesny świat sprzyja ekstrawertykom – to ich modele zachowań uchodzą za „normalne”. Na pewno są bardziej prospołeczne, warto jednak pamiętać, że ludzie są różni.
A wracając do nieśmiałości – daje ona nam powoli o sobie znać, jak introwersja. I tu chyba ciekawsze pytanie: po co? Moim zdaniem, jako ostrzeżenie. Nie wszyscy osiągniemy szczyty – wiedzy, bogactwa i sławy. Nie wszyscy musimy też grać w tę grę – biegnąc z innymi szczurami po wątpliwy sukces. Pewnych tendencji nie da się od razu zmienić i zawrócić, ale warto zastanowić się, jaki świat gotujemy najmłodszym.


Czy potrzebują kolejnych bodźców w postaci urządzeń multimedialnych, zajęć pozalekcyjnych i powolnej alienacji? Raczej fajnie byłoby mieć pokolenie, które potrafi zadbać o swoje zdrowie, uprawiając sport dla przyjemności (niekoniecznie dla rywalizacji) i zdrowo się odżywiając. Które potrafi współpracować przy rozmaitych projektach, także obywatelskich. Które żyje świadomie, a więc trochę wolniej i bez przymusu robienia wszystkiego. I z poczuciem osobistego sukcesu – nawet jeśli nie ma się cech urodzonego lidera czy showmana.  
  Dziecko nieśmiałe żyje w lęku. Lęk to przeciwieństwo radości życia, poczucia własnej wartości, zaufania do siebie i świata. Nierzadko dom i szkoła pogłębiają ten lęk – przyklejając etykietki, podnosząc wymagania, ośmieszając. A tymczasem potrzeba tego, co zwykle – życzliwego wsparcia, zatrzymania się, przychylnej cierpliwości. Potrzeba, żebyśmy byli dla siebie nawzajem bardziej ludzcy. 

środa, 31 maja 2017

Na Zachodzie bez zmian. U nas też

Dziś niemieccy naukowcy. Potwierdzili, że coraz więcej młodych ludzi uzależnionych jest od urządzeń elektronicznych. Jak mantrę powtarzają też, że dzieci do 2. roku życia (słownie: drugiego) nie powinny korzystać ze smartfonów dłużej niż 30 minut dziennie. A tymczasem problem nadużywania zaczyna się wcześniej – w zasadzie po urodzeniu. Bo matki karmiąc piersią przeglądają jednocześnie strony internetowe na swoich telefonach.
O tym, że korzystanie z urządzeń multimedialnych powoduje wzrost nadpobudliwości i wagi, a obniża koncentrację oraz odporność wszyscy już słyszeliśmy. Ale czy coś z tego wynika? Przykład – jak zwykle zresztą – idzie z góry. Pytanie brzmi zatem, jak my, jako dorośli (nie tylko rodzice), korzystamy z urządzeń elektronicznych. Czy wykazujemy się samodyscypliną?
Jeśli nie mamy sobie nic do zarzucenia, pora zadać następne pytanie: czy (głównie jako rodzice) wprowadzamy dzieciom ograniczenia czasowe korzystania z multimediów? I czy ich przestrzegamy? Zbyt często bowiem smartfony i tablety stanowią najlepszy prezent, nagrodę, ale też substytut czasu spędzonego razem, spotkania towarzyskiego, rozmowy.
  Urządzenia elektroniczne stanowią element naszej codzienności. Są zjawiskiem relatywnie nowym, niekoniecznie negatywnym, na pewno pogłębiającym się. Wszyscy musimy nauczyć się funkcjonować z nimi na co dzień tak, by nie zatracić zdrowego rozsądku. I podpowiedzieć najmłodszym, że istnieje życie także bez multimediów, nawet jeśli pozornie wydaje się mniej wciągające. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

O Korczaku w Kijowie

W roku 2012 obchodziliśmy 70. rocznicę tragicznej śmierci Janusza Korczaka. Z tej okazji rok 2012 uchwalono także rokiem jego pamięci. Podczas rozlicznych konferencji i spotkań – a takie odbyły się wtedy w całej Polsce oraz poza jej granicami - zastanawiałam się, czy obietnice odkrywania Korczaka na nowo i wcielania w życie jego pedagogicznych postulatów nie są przypadkiem płonne i na wyrost. Długo nie musiałam czekać – już rok 2013 przyniósł mediom nowych bohaterów i nowe tematy (w tym chociażby Rok Juliana Tuwima – osobowości skądinąd jak najbardziej godnej uwagi). Korczak znów jednak odszedł trochę w zapomnienie…


Międzyczasie minęło 5 lat. We wrześniu szykuje się w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie duża konferencja poświęcona Korczakowi (https://www.korczak2017.com/), organizowana m. in. we współpracy z Międzynarodowym Stowarzyszeniem im. Janusza Korczaka. W pewnym sensie pretekst jest znów rocznicowy – w sierpniu minie 75 lat od śmierci pedagoga. Takie rocznice służą na pewno popularyzowaniu myśli korczakowskiej, ale gdy ktoś chce wcielać tę myśl w życie, ten musi bezwzględnie żyć Korczakiem na co dzień.
Jedną z takich osób – żyjących Korczakiem – jest przewodnicząca Ukraińskiego Stowarzyszenia im. Janusza Korczaka, Svetlana Petrovskaya (na zdjęciu w środku). Ukraińscy korczakowscy m. in. wraz z Ministerstwem Oświaty i Nauki Ukrainy oraz Instytutem Polskim w Kijowie zorganizowali w dniach od 7-8. kwietnia 2017 roku w swojej stolicy konferencję pt. „Filozofia dzieciństwa według Janusza Korczaka. Fundamentalne potrzeby dziecka w nowoczesnym społeczeństwie” (http://www.polinst.kiev.ua/eng/event1136.html).


Dwudniowa konferencja odbyła się, niestety, w kameralnym gronie – zawsze bowiem chciałoby się, żeby dobrze wykonaną pracę zobaczyło jak najwięcej osób… Program spotkania był bardzo bogaty i poruszał wiele aspektów związanych z wychowaniem, ocierając się o psychologię, socjologię i literaturę. Ciekawe wystąpienia panelowe oraz zajęcia w grupach sesyjnych przeplatały się z programem artystycznym w wykonaniu uczniów Liceum Klovsky nr 77 (http://klovsky77.com.ua/2-uncategorised/160-conference_korchac.html), w którego progach gościła konferencja, a także dorosłych. Drugiego dnia zaplanowano dodatkowo wycieczkę do miejsc w Kijowie związanych z postacią Korczaka.


We wspomnianym liceum Klovsky obok maturzystów uczą się także dzieci na poziomie szkoły podstawowej, a w ofercie zajęć dodatkowych od wielu już lat przoduje kółko teatralne. Dodatkowo, w budynku szkoły mieszczą się 2 wystawy muzealne – jedna dotyczy historii placówki, a druga… Korczaka, oczywiście. W gablotach możemy zapoznać się z życiorysem pedagoga, także z informacjami o kijowskim okresie jego życia, zobaczyć prace plastyczne, wydania (także polskojęzyczne!) dzieł pedagoga oraz fotorelację z uroczystości nadania imienia Korczaka jednej z ulic w ukraińskiej stolicy (http://culture.pl/pl/artykul/swieto-ulicy-janusza-korczaka-w-kijowie).



            Kijowska konferencja pokazuje, że tęsknota za humanistycznym wychowaniem i wiara w możliwości dziecka jest uniwersalna. Na pomoc w argumentacji tego stanowiska przychodzą nam oczywiście mądre publikacje naukowe, ale większą siłę mają - dla mnie osobiście - emocjonalne świadectwa takich osób, jak wspomniana wcześniej Svetlana Petrovskaya. Czy przekaz wypływający z pięknego przedstawienia teatralnego, umiejętnie akcentującego ponadczasowość myśli Korczaka – także (a może przede wszystkim) w naszych nowoczesnych, komputerowych i zabieganych czasach.



piątek, 31 marca 2017

Akademia Nauczyciela: siła pytania

To, że nauczyciel stawia pytania, to raczej sprawa naturalna. Ważne jednak, by pobudzały one uczniów do myślenia. Wtedy staną się jednym z najbardziej skutecznych – a przy okazji najtańszych – narzędzi nauczania.
Danuta Sterna, specjalistka od oceniania kształtującego w Polsce, podaje za Janem Potworowskim 5 strategii zamiany zwykłych pytań w pytania wymagające zastanowienia się, a także argumentacji swego stanowiska:
1) pytanie zmienione w zestaw odpowiedzi (np. „Podkreśl składniki potrzebne roślinom do wzrostu. Uzasadnij swoją odpowiedź: powietrze, woda, światło, ciepło, gleba, mleko.”)
2)  pytanie przekształcone w twierdzenie (np. „Wszystkie ćwiczenia fizyczne poprawiają  funkcjonowanie serca. Czy zgadzasz się z tym twierdzenie. Dlaczego tak lub dlaczego nie?”)
3)   pytanie pokazujące przeciwieństwo („Dlaczego obwód nr 1 działa, a obwód nr 2 nie?”)
4)   pytanie przekształcone w początek odpowiedzi (np. zamiast „Jaka jest definicja spójnika?”: „Dlaczego nazywamy spójnikiem takie wyraz, jak ale i więc?”)
5)     pytanie przekształcone w spojrzenie z odmiennej perspektywy (np. zamiast „Jakie zagrożenia stwarza palenie papierosów?”: „Czy należy ludziom zostawić wybór w sprawie palenia papierosów?”)[1].
Dobrze postawione pytanie prowadzi lekcję. I prowadzi uczniów – w kierunku samodzielnego procesu uczenia się, dając poczucie sukcesu, ale też motywując ich do większej odpowiedzialności.








[1] Przykłady pochodzą z książki Danuty Sterny „Uczę (się) w szkole”, CEO, Warszawa 2014, s. 119-120.

środa, 1 lutego 2017

Tak dla wolności

Szkolnictwo jest systemem, więc jego mniej lub bardziej sztywne ramy wykluczają możliwość pełnego wychowania dzieci, a następnie młodzieży, do wolności. Niestety dla Polski, a także wielu innych krajów świata (większości właściwie), szkolnictwo jest systemem powiązanym z polityką, co tym bardziej czyni niemożliwym długofalowe skupienie się na dobru ucznia jako jednostki (a zarazem istoty społecznej).
Nie od dziś wiadomo, że konsekwencją wychowania ku wolności jest większe prawdopodobieństwo bycia samodzielnym, a także odpowiedzialnym i obywatelskim. Jak jednak realizować takie ideały w ramach sztywnego, a czasem jeszcze nieprzychylnego systemu? Niełatwo – tak jak niełatwo jest nauczać z pasją, wbrew sztampie, zachowując świeże spojrzenie i empatię, szacunek do siebie i innych.
Trudno dziś o spójną wizję edukacji, przyszłości czy absolwenta-obywatela. Moim zdaniem, niezmiennie potrzebujemy ludzi pewnych siebie, kompetentnych, kreatywnych i zdolnych do krytycznego myślenia oraz współpracy. I ten cel mam przede wszystkim przed oczami.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Uważność. Minimalizm. Esencjalizm

Często zdarza mi się tutaj diagnozować nasze czasy i współczesne społeczeństwo. Zwykle skupiając się na negatywach. Na zawrotnym tempie zbierającym pierwsze ofiary, które doznały uszczerbków na zdrowiu – fizycznym, ale też nierzadko psychicznym. Na niezdrowym stylu życia będącym owocem ślepego pośpiechu. Na śmieciowym jedzeniu, nieumiejętności odpoczywania, na braku koncentracji, wielozadaniowości, powierzchownych kontaktach międzyludzkich. Potrzebujemy antidotum – w szkole, w rodzinie, nawet już w piaskownicy.
Literatura fachowa i popularna dostarcza nam wielu podpowiedzi. Każda z nich – tyleż nowatorka, co jakby znajoma – proponuje rozpocząć od swoistego zatrzymania się (vide: http://pedagogiczna-pbwopole.blogspot.de/2016/01/nauka-uwaznosci.html). Kazano nam najpierw przyśpieszać. Dzięki zdobyczom cywilizacyjnym przepływ informacji i samo nawet przemieszczanie się w przestrzeni stały się łatwe oraz szybkie. Obok pozytywów zaistniały jednak – jak zawsze – także negatywy. Zignorowaliśmy więc konieczność odpoczywania, ale przede wszystkim wpadliśmy w pułapkę – krótszy czas realizowania zadania to znaczy więcej zadań do zrealizowania. Najlepiej jednocześnie…
Dzieci nie są przy tym zwolnione z tego szaleństwa. Od urodzenia żyją w czasach pełnych bodźców, medialnego szumu, pośpiechu. Obserwują zabieganych rodziców i zestresowanych nauczycieli, ich codzienność podszyta jest niepokojem, ale jednocześnie pragną też ciągłych fajerwerków, niekończącej się stymulacji. Wiemy, jak ciężko zmotywować dziś uczniów. Różne są tego powody: zmęczenie, brak motywacji wewnętrznej (ale skąd ją wziąć w sytuacji, gdy najmłodsi nie uczą się kontaktu ze swymi emocjami i wewnętrznym głosem w ogóle…?), niskie poczucie własnej wartości, zawyżone poczucie własnej wartości (vide: http://pedagogiczna-pbwopole.blogspot.de/2016/12/stare-bedy-nowe-bedy-pewnosc-siebie.html), otępienie wywołane nadmiarem bodźców…
Uważność i życie w teraźniejszości zaczynają się od umiejętności zatrzymania się – umiejętności trudnej, a nieraz po prostu luksusowej. Bo kogo stać na to w obliczu dużej konkurencji na rynku pracy i kredytów czekających na spłacenie? Pytanie tylko, czy istnieje inna droga - do normalności.


Po uważności pojawia się kolejna wskazówka – minimalizm. Odrzucenie nadmiaru – w każdej postaci. Czy potrzebujemy tylu ubrań, gadżetów elektronicznych, zabawek dla dzieci? Czy potrzebujemy kupować (a następnie wyrzucać) tyle jedzenia? Czy jesteśmy w stanie i rzeczywiście potrzebujemy wszędzie pojechać, wszystko zobaczyć, wszystkiego doświadczyć? I przez całe życie wykonywać w pracy swoje zadania z podobnym zaangażowaniem, odpowiednio szybko i niekoniecznie za większe pieniądze? A nawet jeżeli za większe?
Dziś na znaczeniu zyskuje sposób postępowania zwany esencjalizmem. Co jest dla mnie najważniejsze? Z czego chciałbym zrezygnować, a na czym skupić swą uwagę i wysiłki (vide: http://pedagogiczna-pbwopole.blogspot.de/2015/11/multiprzeklenstwo.html)? Jakaż to byłaby lekcja dla naszych uczniów! Gdyby mogli zaprzestać wykonywania bezsensowych zadań domowych, odtwórczych, spisywanych z internetu lub od siebie nawzajem, bez entuzjazmu i przy braku zrozumienia, po co to robią. Gdyby mogli wykazać się zaangażowaniem i poczuć satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. Gdyby wsłuchali się w siebie, odzyskując powoli możliwość samostanowienia o sobie i poczucia sensu… Ładny obrazek. Może nawet niezupełnie nierealny, jeśli spełnić jeden warunek – dać najpierw sobie jako osobie dorosłej, jako nauczycielowi czy rodzicowi, prawo do esencjalizmu.

sobota, 24 grudnia 2016

Zróbmy sobie hygge-święta!

Moda na Skandynawię trwa - równolegle do kilku innych mód zresztą, by wymienić tylko mindfulness czy praktykowanie wdzięczności. Dobrze ma się skandynawski styl w naszych wnętrzach, ale także szerzej pojęty skandynawski styl życia. Ostatnio często na celowniku pojawia się Dania, zwłaszcza w kontekście znanego od pokoleń, a teraz z namaszczeniem opisywanego sposobu na szczęście. Tenże nosi duńską nazwę hygge i oznacza tyle, co odnajdywanie upragnionego stanu w codzienności, w drobnych przyjemnościach.  
Czemuż nie spróbować tej mody? Uprawianie hygge od wieków wiąże się z koniecznością przetrwania – fizycznie i psychicznie – długiej, skandynawskiej zimy. Zatem pora obchodzonych właśnie Świąt Bożego Narodzenia wydaje się idealna, by poszukać szczęścia i radości  w  prostych czynnościach wykonywanych w bliskim, rodzinnym gronie. Bez pośpiechu! Co prawda, upragnionego śniegu raczej nie doczekamy, ale mimo tego miło posiedzieć razem w ciepłych domach, może nawet przy kominku, nad grą planszową czy albumem fotografii lub obejrzeć wspólnie refleksyjny, pozytywny film. Słodkich i słonych przekąsek też zapewne nie zabraknie…  
A po świętach? Proponuję zabrać z sobą tę uważność, niespieszne tempo i umiejętne odpoczywanie w Nowy Rok 2017! Bo jednym z najważniejszych, a na pewno najbardziej sensownych postanowień noworocznych jest – moim zdaniem – zadbać o siebie. Dać sobie czas. I być blisko tych, którzy nas potrzebują, kochają. W sumie, do szkoły też warto z sobą zabrać hygge po świętach. Na początek do świetlicy lub na lekcję wychowawczą. Ale jakby się dobrze zastanowić, to przyda się nie tylko tam… Wesołych Świąt!   

czwartek, 15 grudnia 2016

Stare błędy, nowe błędy: pewność siebie

Coraz częściej analiza różnych raportów, doniesień naukowych, informacji prasowych czy po prostu codzienna obserwacja dzieci skłania mnie do wniosku, że stare błędy wychowawcze zastępujemy nowymi, a działania, które pierwotnie miały na celu poprawić sytuację i wykorzenić przestarzałe przekonania, zostają wypaczone, źle zrozumiane, przedobrzone. Jako przykład pierwszy z brzegu niech posłuży proces budowania u najmłodszych pewności siebie.
Jak wiadomo, trudno bez niej o sukces. Nieważne zresztą, czy rozpatrujemy go w kategoriach zawodowych, finansowych czy – trudnego do zdefiniowania – poczucia szczęścia. Dziecko z zaburzoną samooceną, niepewne siebie, zahukane będzie miało trudność z osiągnięciem obranego celu (nie tylko w kontekście nauki w szkole), z uznaniem krytyki czy porażki, ze zwróceniem się po pomoc, z  konsekwentnym podążaniem własną drogą – jeśli własną drogę w ogóle odkryje i zaakceptuje.
Dawniej system szkolny i wychowawczy w ogóle (w domu, na podwórku, w różnych sytuacjach społecznych) produkował zdyscyplinowane i uległe jednostki. Buntownicy się zdarzali, a jakże, często jednak jako druga skrajność – aroganccy, agresywni, nie dali sobie w kaszę dmuchać. Tak źle i tak niedobrze. Potrzeba było, jak zwykle, złotego środka. Wiary w swoją wyjątkowość, która nie ogranicza jednak perspektywy do czubka własnego nosa. I w końcu podjęto stosowne działania. Promocja praw dziecka, demokratyzacja kolejnych grup społecznych, kult indywidualizmu wprowadziły w ostatnim stuleciu sporo zmian.
Tylko ludzkość lubi się zapędzać. Łatwo jest zachłysnąć się prawami, zapominając przy tym o obowiązkach, o równowadze. Teraz wydaje nam się często, że większość dzieciaków zrobiła się arogancka i agresywna, a to podobno znaczy, iż lekcja pewności siebie została odrobiona. Nic bardziej błędnego. Postawa roszczeniowa, wiara, że coś mi się od świata należy to nie tylko przeciwieństwo zdrowej pewności siebie, ale przede wszystkim przeciwieństwo postawy  pełnej wdzięczności i empatii. I jeśli nawet sukces – to bardzo powierzchowny oraz nietrwały. Złotego środka w dalszym ciągu brak.

środa, 30 listopada 2016

Amerykańscy naukowcy

Powyższa fraza stała się już na tyle popularna – by nie rzec wyświechtana – że często budzi uśmiech na naszych twarzach. I to wcale nie dlatego, że odwoływanie się do amerykańskich badań naukowych jest czymś niewłaściwym czy wskazuje na wątpliwe potwierdzenie. Po prostu badacze zza oceanu zajmowali się już taką wielością tematów, iż niejednokrotnie dochodzili do sprzecznych wniosków. Tymczasem ostatnio śledzenie amerykańskich doniesień naukowych sprawia mi nie lada satysfakcję. Dlaczego? Bo potwierdzają one słuszność pewnych znanych – a właściwie oczywistych – zasad wychowawczych.
I tak jedno z badań wykazało, że już 15-miesięczne dzieci na podstawie obserwacji zachowania wnioskują o cechach człowieka, wykorzystując tę umiejętność w sytuacjach społecznych. Badano mianowicie reakcję maluchów na gniew dorosłego. Okazuje się, że dzieci zachowują dużą ostrożność w stosunku do osób zachowujących się gniewnie – zapewne, by nie stać się celem ich ataku. Inne badanie pokazało natomiast, że niedobór snu u dzieci wczesnoszkolnych (w wieku od 7-11 lat) powoduje różnorodne zaburzenia emocjonalne, od drażliwości i poirytowania po stany lękowe czy depresję. Niedospanie zmniejsza samokontrolę, ale także zdolność do odczytywania sygnałów niewerbalnych i empatię.
            Kamyczek do ogródka dorzucili też fińscy naukowcy. Zauważyli oni, że zdrowa dieta składająca się z warzyw, owoców, ryb, produktów pełnoziarnistych i bogatych w nienasycone kwasy tłuszczowe gwarantuje większe postępy w nauce czytania u dzieci w wieku od 6 do 8 lat. Dobrze mieć czasem naukowców po swoje stronie. Szczególnie w czasach, kiedy zdrowy rozsądek tak często zawodzi…


PS Informacje dotyczące badań naukowych pochodzą z serwisu http://naukawpolsce.pap.pl/

poniedziałek, 31 października 2016

Magiczne czy przeklęte?

Nie, ten wpis nie będzie dotyczył Halloween. Choć może pojawi się kilka słów luźno związanych z czarowaniem… Otóż wróciłam ostatnio pamięcią do miejsc, które w moich szkolnych czasach nie cieszyły się u uczniów zbyt wielką sympatią. Pomimo tego, że ich odwiedzanie oznaczało brak „normalnych” lekcji. Pomyślałam, by sprawdzić, co zmieniło się w tych instytucjach w ciągu ostatnich kilkunastu lat. A na szczęście – dla uczniów i nauczycieli – zmieniło się wiele.
Pierwszym z miejsc, do których uczniowska większość nie pałała zbyt wielką miłością, była biblioteka – szkolna, gminna, miejska. W skrócie: każda. Oczywiście, mole książkowe nie potrzebowały szczególnej zachęty, wiedziały, jakie skarby skrywają rzędy ponurych regałów. Tymczasem reszta uczniów wydawała się znudzona panującą w bibliotece ciszą i monotonią. Panie bibliotekarki też zaszufladkowano jako szare i spokojne, ewentualnie – groźne, niedostępne. Jak wielki krok w kierunku zmiany postrzegania bibliotek zrobiono w ciągu ostatnich dwóch dekad? Zgodny z interesem całego społeczeństwa – potrzebujemy przecież ludzi czytających i oczytanych.


Budowanie własnej, domowej biblioteczki to zadanie przyjemne i na lata, ale też związane z niemałymi kosztami. Dodatkowo, dla wielu osób w naszym kraju wciąż niejasne, niepotrzebne. Są jeszcze – i długo będą – domy bez duszy, czyli bez książek. Ale wypożyczanie stało się o wiele prostsze. I bardziej atrakcyjne. Czytelnik młody i całkiem dorosły traktowany jest jako mile widziany gość, klient nawet. Ściany pojaśniały, pomieszczenia biblioteczne odzyskały dostęp do światła i większą przestrzeń, repertuar dostępnych tytułów stale się powiększa, uwzględniając zainteresowania czytelników. Bibliotekarz to w końcu człowiek z krwi i kości, do tego pomocny, sympatyczny i kompetentny. Jego praca, pasja i wiedza leżą u podstaw rozmaitych akcji czytelniczych, happeningów, spotkań autorskich, wystaw, warsztatów i… podróży (na początek palcem po mapie i z nosem w książce, na przykład do Japonii: http://www.pedagogiczna.pl/index.php/57-galeria/1695-jako-tako-po-japonsku-warsztaty-czytelnicze-3).
Drugim miejscem, które w przeszłości wzbudzało wśród uczniów pomruk niezadowolenia i dreszcz strachu nawet, było muzeum. Przyznaję, że obecnie męczy mnie częsta w nowoczesnych budynkach kakofonia dźwięków. Niemniej jednak w niepamięć odszedł złowrogi i przestrzegany ponad wszelką miarę zakaz dotykania eksponatów. Okazuje się, że poprzez zaangażowanie wszyscy, szczególnie zaś najmłodsi, uczą się najwięcej i najlepiej. Wystawy zyskały na estetce, a wielość pomocy multimedialnych wspomaga procesy poznawcze, jest zaproszeniem dla młodych, żyjących przecież na co dzień w świecie elektroniki. Można więc zwiedzać w sposób szybki i powierzchowny, można też poszerzać i pogłębiać wiedzę, przeglądając dodatkowe materiały. Adresów godnych polecenia jest co niemiara, o kilku muzeach chciałabym zresztą w najbliższym czasie napisać więcej. Teraz polecę tylko wystawę etnograficzną w Muzeum Śląska Opolskiego w Opolu, gdyż – po prostu - darzę ją dużą sympatią (więcej tutaj: http://muzeum.opole.pl/wystawy/stale/).
   I w ten sposób dobrnęliśmy do trzeciego miejsca, które przeszło sporą metamorfozę, próbując zyskać nowych fanów -  do teatru. Ten jest i zawsze był mi szczególnie bliski. Parokrotnie zwracałam już uwagę w poprzednich wpisach (np. tutaj: http://pedagogiczna-pbwopole.blogspot.de/2016/04/jeszcze-o-teatrze.html i tu: http://pedagogiczna-pbwopole.blogspot.de/2016/03/zabawa-w-teatr.html), że dla odbiorców w pewnym wieku brakuje repertuaru i istnieje przez to ryzyko, iż dziecko zaprzyjaźnione z teatrem nie wróci do niego jako dorosły. Ważne jest, by nastoletni widzowie także czuli, że nurtujące ich sprawy, przeżywane przez nich dylematy czy emocje znajdują swoje odzwierciedlenie w sztukach odgrywanych na deskach teatru. Przecież już piąto- czy szóstoklasiści nie odnajdują siebie w repertuarze dziecięcym. Choć to też akurat kwestia inscenizacji, bo pamiętam pozytywne wrażenia, jakie na moich „starszakach” z klasy IV, V i VI wywołała inscenizacja baśni – a jakże! - „Królowa śniegu” w Kochanowskim (http://teatropole.pl/uncategorized/krolowa-sniegu/).
Korzystajmy z pomocy, jaką w edukowaniu i wychowywaniu dają nam biblioteki, muzea i teatry. Korzystajmy, bo na świecie – jak zawsze – potrzeba ludzi mądrych, wrażliwych i samodzielnych. Kontakt z książką, historią czy sztuką jest nieoceniony. Nie każdy uczeń zrozumie i pokocha każde z opisanych przeze mnie miejsc. I pewno nie musi. Ale ważne, by mógł te miejsca poznać i dokonać świadomego wyboru, czy z ich usług w życiu rezygnuje czy jednak nie… 

środa, 19 października 2016

Z wyboru

Ostatni weekend upłynął mi – w związku z piątkowym świętem Dnia Edukacji Narodowej – pod znakiem rozważań na temat zawodu nauczyciela: w Polsce i na świecie, teraz i w ogóle.
Data 14. października może wzbudzać bardzo różne emocje i prowadzić do mniej lub bardziej nieoczywistych wniosków. Trudno dziś stwierdzić, jak społeczeństwo odnosi się do postaci nauczyciela. Najprościej byłoby powiedzieć, że w sposób ambiwalentny.  
W połowie października są oczywiście kwiaty, miłe słowa – o wypełnianiu ważnej misji, o trudach nauczania i wychowywania, za które dziękować to za mało. W rankingu najbardziej prestiżowych zawodów nauczyciel trzyma się mocno. A przecież na co dzień przeważają negatywne komentarze – o krótkim czasie pracy, długich wakacjach, niespełnianiu oczekiwań.
Trudno teraz w kilku zdaniach przeanalizować powyższy temat. Można by za Jesperem Juulem, słynnym duńskim pedagogiem, poszukać winy w samym szkolnym systemie, przestarzałym i nieprzychylnym jednostce. I jeszcze w upolitycznieniu szkoły, która stara się dbać o dobro swych uczniów i brak konfliktu na linii z rodzicami, ale często staje się kozłem ofiarnym niespójnej wizji edukacji, pośród zmieniających się celów, wartości i założeń. Teraz znów trudne czasy, skłaniające do narzekania, pesymizmu, rezygnacji.
Jakie na to remedium? Chyba tylko świadomość, że nauczyciel to zawód specyficzny, bazujący na służbie drugiemu człowiekowi, trudny, ale też dający satysfakcję. Zawód, który się czuje i wybiera. Pomimo trudnych nierzadko konsekwencji. I mając na uwadze najważniejsze – ludzką relację ze swoimi uczniami. 

czwartek, 29 września 2016

Traktować normalnie

Zawarte w tytule dosyć nieoczywiste i niejednoznaczne słowo „normalnie” stanie się – jak mniemam - bardziej jasne, gdy dodam, że ten wpis poświęcony jest niepełnosprawności. Przede wszystkim zaś niepełnosprawnym dzieciom – tym uczęszczającym do szkół ogólnodostępnych (zwyczajowo nazywanych normalnymi) i specjalnych (obowiązująca nazwa w opinii uczących tam nauczycieli jest wystarczająco zniechęcająca  - na przykład dla rodziców dzieci autystycznych – dlatego proponują zmianę na „szkoły specjalistyczne”, ale to na razie postulat, który raczej nie zostanie szybko spełniony).
            Hasło edukacji włączającej coraz bardziej zyskuje na popularności. Chciałoby się powiedzieć, że nareszcie. Przekonanie o włączaniu inności, a nie jej wykluczaniu jest charakterystyczne chociażby dla arte- czy biblioterapii. Zajęcia biblioterapeutyczne dla zainteresowanych tematem nauczycieli (szczegóły tutaj: http://www.pedagogiczna.pl/index.php/biblioterapia/oferta-opole) oraz grup rówieśniczych od przedszkola po VI klasę podstawówki, a nawet dla gimnazjum (http://www.pedagogiczna.pl/index.php/biblioterapia/pracownia-biblioterapii-opole) dostępne są w Pedagogicznej Bibliotece Wojewódzkiej w Opolu (a zajęcia czytelnicze z elementami biblioterapii także w filiach w Brzegu czy Kluczborku).
Nie wiem, jak polska szkoła poradzi sobie z wprowadzaniem edukacji włączającej – to zadnie tyleż niezbędne (o czym przypominali organizatorzy konferencji naukowej „Niepełnosprawność w szkole. Organizacja kształcenia i wychowania dzieci niepełnosprawnych w placówkach oświatowych”) , co trudne. Wspomniana konferencja odbyła się w miniony piątek (23.09.2016 roku) w budynku Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu przy ul. Niedziałkowskiego. Współorganizatorem było m. in. Stowarzyszenie na Rzecz Autyzmu „Uczymy się żyć razem”, a wystąpienia w szczególności dotyczyły sytuacji dziecka ze spektrum autyzmu – w szkole specjalnej i ogólnodostępnej. Specjaliści przekonywali, że nie każde dziecko autystyczne odnajdzie się w zwyczajnej czy nawet zintegrowanej klasie. Tutaj ważne jest oczywiście indywidualne rozpatrywanie stanu i możliwości danego dziecka, a nie hurraoptymizm. Co mnie jednak zainteresowało najbardziej, to relacje o tym, jak w różnych środowiskach traktowani są rodzice dzieci ze spektrum autyzmu.
O tym, co czują same dzieci, trudno wyrokować. Ale rodziców zapytano i wnioski są przygnębiające – potraktuję je jako reprezentatywne dla stosunku do niepełnosprawności w Polsce w ogóle. Otóż rodzice skarżą się na lekceważące podejście lekarzy (często autyzm jest długo niediagnozowany - bo „Dziecko z tego wyrośnie” – lub rodzicom doskwiera brak życzliwości i informacji), na poczucie osamotnienia w swoim środowisku zamieszkania (czasem także wśród członków rodziny), na poczucie osamotnienia w środowisku szkolnym (zmęczenie ciągłym kontrolowaniem dziecka, stałą obecnością i gotowością do gaszenia kolejnych pożarów, odbieraną w końcu jako nadopiekuńczość) itd. W oczy rzucają się bezradność, wyobcowanie i brak empatii. Czy w końcu – brak partnerskiego traktowania, a przecież wszyscy mamy teoretycznie wspólny cel, jakim jest dobro dziecka (które – swoją drogą - najlepiej zna rodzic; i nie mam tu na myśli poziomu jego, czyli rodzica, wiedzy specjalistycznej).
  Pora na jeszcze jeden przykład z opolskiego podwórka. Pani Agnieszka Kossowska próbuje odczarować niepełnosprawność w swojej książce „Duże sprawy w małych głowach” (aktualności m. in. na profilu fejsbukowym: https://pl-pl.facebook.com/duze.sprawy/). To nietypowa publikacja, wydana za pieniądze zebrane w zbiórkach i rozdawana za darmo (pierwszy nakład rozszedł się na pniu, a kolejny jest w przygotowaniu). Książka ma na celu walkę ze stereotypami – opowiada dzieciom (i nie tylko) historie innych dzieci, zmagających się z niepełnosprawnością. Oswaja przy tym dzieci (i nie tylko) z odmiennym sposobem odczuwania i postrzegania świata przez osoby z różnego rodzaju deficytami. A zrozumienie to pierwszy krok do pokonania strachu i rozwinięcia akceptacji. Na zakończenie film – proszę śmiało oglądać z innymi!


czwartek, 15 września 2016

Poznaj swój styl myślenia!

Co to takiego styl myślenia? To nasz naturalny sposób analizowania i interpretowania informacji, gromadzenia wiedzy, rozwiązywania problemów oraz podejmowania decyzji. Ujawnia się on zwłaszcza w nowych sytuacjach, podczas konfrontacji z nieznanym bodźcem – jesteśmy wtedy zmuszeni do reakcji, korzystamy więc z właściwego nam i niezmiennego mechanizmu.  
Pomimo tego, iż jestem humanistą – a może właśnie z tego powodu – uwielbiam wszelkie testy psychologiczne, które opisują człowieka i jego rzeczywistość za pomocą określonych kategorii. Jest to bowiem najprostsza droga do samopoznania, a przez to do samorozwoju. Świadomość swoich mocnych i słabych stron przydaje się – nie tylko nauczycielom - w życiu prywatnym, a także zawodowym. Znajomość własnego stylu myślenia zwłaszcza.
Od pewnego czasu dużą wagę przywiązuje się w edukacji do jakości kształcenia i jego efektywności. Co prawda, wartości te nie zawsze idą ze sobą w parze, ale nie ulega wątpliwości, że także osobno stanowią wyzwanie dla nauczyciela i jego pracy. Sukces ucznia, a nieraz całej szkoły, w znacznym stopniu zależy bowiem od sposobu, w jaki nauczyciel przekazuje wiedzę. A sposób ten, czyli de facto styl myślenia, łatwo sprawdzić – wykorzystując metodologię FRIS (https://fris.pl/).
Pasja i przygotowanie merytoryczne muszą być dziś poparte znajomością tego, jak myślą i uczą się nasi uczniowie.  I w jakim stopniu myślą inaczej niż my sami. Nie od dziś wiadomo, że zyskujemy sympatię i szacunek tych dzieci, które funkcjonują podobnie jak my. Zresztą, zasada ta działa w obie strony. A przecież w klasie jest cały repertuar różnych jednostek i różnych stylów myślenia. Ich rozpoznanie to realny krok w stronę indywidualizacji nauczania.
Właśnie trwa ogólnopolski projekt badawczy „Styl Myślenia Nauczyciela” zorganizowany przez FRIS pod patronatem Ogólnopolskiego Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty (formularz zgłoszeniowy tutaj: https://fris.pl/styl-myslenia-nauczyciela). Każdy czynny zawodowo nauczyciel może do 31 października 2016 roku bezpłatnie wypełnić kwestionariusz badawczy i otrzymać indywidualny raport określający jego własny styl myślenia i działania oraz zawierający praktyczne wskazówki dotyczące m. in. komunikacji z osobami o odmiennych stylach myślenia. Zebrane w projekcie dane posłużą do określenia zależności między stylem myślenia a stylem pracy polskiego nauczyciela. Warto spróbować – wygląda bowiem na to, że na tym projekcie wszyscy możemy tylko zyskać…